Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej. Dowiedz się więcej Rozumiem

Dynafit RUN Adventure 2015 - relacja

Run adventure to górska etapówka, której pierwsza edycja odbyła się w lipcu 2014. Impreza nietypowa jak na polskie warunki, bo organizowana w niestosowanej dotąd formule – dystans ultra został podzielony na trzy dni, a do wyboru są dwie wersje – krótka – 80 km i długa – 110 km. Tegoroczna edycja run adventure odbyła się na zmienionych - w stosunku do poprzedniej - trasach. Część ścieżek oczywiście się pokrywała, ale zawody były zdecydowanie bardziej urozmaicone. W zasadzie każdy mógł znaleźć coś dla siebie: były długie podejścia, strome zbiegi, błoto, śnieg, trochę szybkich asfaltowych odcinków i szutrowych ścieżek, fragmenty pokonywane „na rympał”. Organizatorzy postanowili wyjść naprzeciw osobom, które nie czują się na siłach, by startować trzy dni z rzędu i do planu imprezy dorzucili półmaraton (nieco dłuższy niż klasyczna połówka, bo liczący blisko 28 km) i maraton.
 

Relację z imprezy przygotowała Justyna Grzywaczewska z City Trail Team, która z Piotrkiem Książkiewiczem wygrała klasyfikację MIX na krótkim dystansie, pokonując drugą drużynę o 1:18:57!

Żart, który stał się rzeczywistością

Uczestnicząc w ubiegłorocznej edycji RUN Adventure w roli kibica i reportera postanowiłam, że w kolejnym roku wystartuję. Piotrek (który zajął w ubiegłym roku czwarte miejsce w klasyfikacji generalnej i trzecie w wiekowej na długim dystansie) zaproponował, żebyśmy pobiegli w parze. Nie mając dużego doświadczenia w górach (w zasadzie kiedy zdecydowaliśmy się pobiec nie miałam za sobą żadnego startu) pomyślałam, że to dobry pomysł. Decyzja zapadła. Z uśmiechem na ustach zapowiadałam, że wygramy ;) Był to oczywiście żart. Żart, który stał się rzeczywistością :)

Oboje z Piotrkiem nie przygotowywaliśmy się do tych zawodów. Poza tygodniem spędzonym w Pasterce w grudniu i startem w Zimowym Półmaratonie Gór Stołowych (30 stycznia), nie byliśmy w górach nawet na jeden dzień. Jednak oboje solidnie trenowaliśmy całą zimę. Piotrek szykując się do maratonu, a ja – połówki. Plany Piotrka udało się zrealizować – na tydzień przed RUN Adventure poprawił swoją życiówkę na królewskim dystansie (2:39:55), moje musiałam odłożyć, bo na miesiąc przez startem nabawiłam się kontuzji (na szczęście wyleczenie zajęło mi tylko 3 tygodnie i przed startem w RUN Adventure również zrobiłam życiówkę - z tymże „tylko” na 10 km – 41:48). Można więc ocenić, że nasza ogólna forma była przed startem całkiem dobra :)

Szczerze mówiąc najbardziej obawiałam się tego, że nie będę w stanie zregenerować się po każdym etapie, tak by przez trzy dni z rzędu stawać na starcie bez zakwasów i zmęczonych nóg. Dystanse, jakie zaplanowano – 27,7 km, 26,6 km, 22,3 km nie były dla mnie bułką z masłem, bo jak dotąd nigdy nie przebiegłam więcej niż 28 km (a tyle udało mi się pokonać raz - również w górach i to treningowo).

Nazwiska jakie widzieliśmy na liście startowej zupełnie nic nam nie mówiły, więc jechaliśmy do Istebnej ciągle żartując, że wygramy. Nie oznacza to, że lekceważyliśmy zawodników! Tak się po prostu motywowaliśmy :) W zasadzie to Piotrek motywował mnie, bo wiadomo, że start w parze (przynajmniej w naszym przypadku) odzwierciedlał możliwości damskiej połowy :)

 

Etap I – Beskid Śląski

Start każdego z etapów zaplanowano na godzinę 8:00, co oznaczało codzienną pobudkę ok. 6, tak by spokojnie zjeść śniadanie i dojechać na miejsce startu. Pierwszy dzień to bieganie po ścieżkach Beskidu Śląskiego. Zaczynaliśmy i kończyliśmy zawody na pięknie położonym stadionie w Istebnej Zaolziu. Trasa krótka, na której startowaliśmy prowadziła przez dwa szczyty – Jaworzynę (1020 m n.p.m.) i Baranią Górę (1220 m n.p.m.). Pogoda zapowiadała się dość przyzwoicie – nie było za ciepło, ale też nie zimno. Ostatecznie w trakcie biegu zaczęło lekko padać, ale nikt raczej nie narzekał.

Stanęliśmy na starcie z uśmiechami od ucha do ucha, bo bieganie w górach sprawia nam ogromną przyjemność. Piotrek traktował zawody treningowo, bo raz, że moje tempo startowe nie jest dla Niego dużym wysiłkiem, a dwa – był tydzień po maratonie, więc nie planował mocnego biegania. Ja bardzo chciałam się sprawdzić, ale równie ważna była frajda z biegania. Pierwsze dwa kilometry biegliśmy po asfalcie. Na początku zamieniliśmy kilka zdań z drużyną MagazynBieganie.pl – Magdą Ostrowską-Dołęgowską i Olkiem Tittenbrunem – naszymi dobrymi znajomymi, którzy startowali na długim dystansie, ale ponieważ Magda i Olek zapowiedzieli spokojny początek, ruszyliśmy nieco żwawiej. Przed wbiegnięciem do lasu minęliśmy kilka kobiet. Przed nami zostały jeszcze dwie – jedna biegnąca w parze – ale na długim dystansie, druga – startująca indywidualnie – na trasie krótkiej, ale w półmaratonie (który odbywał się na trasie pierwszego etapu krótkiego dystansu RUN Adventure). O tym dowiedzieliśmy się oczywiście dopiero dużo później, co sprawiło, że pierwszy etap był dla mnie próbą wygrania z obiema paniami :) O ile wspomniana para już po kilku kilometrach przestała być celem – nasze trasy rozchodziły się po ok. 12 km – o tyle biegnąca solo na całym etapie kobieta wyznaczała nasze tempo przez wiele kilometrów. Okazała się być lepszą, ale nie najlepszą, bo na ostatnim długim zbiegu (ok. 20 km), który zupełnie mi nie leżał ze względu na źle dobrane buty (zbyt delikatny bieżnik i mało przyczepna podeszwa), dogoniła nas para biegaczy. Najpierw minął mnie mężczyzna. Biegł przez chwilę przede mną aż do momentu, w którym runął jak długi w miejscu gdzie trzeba było przeskoczyć mini strumyk. Tutaj dobiegła do nas jego żona. Szybko się skonsultowali. Szczęście, że na dole, kilkadziesiąt metrów dalej stali ratownicy. Zabrali mężczyznę na quad. Kobieta ruszyła dalej – w takim tempie, że kilometr dalej już jej nie widzieliśmy. Cała sytuacja trwała bardzo krótko, my nawet na chwilę się nie zatrzymaliśmy. Żona pechowca w zasadzie też nie. Na mecie okazało się, że wygrała, ale obie panie, które były przed nami biegały solo i co najważniejsze nie uczestniczyły w 3-etapowej rywalizacji, więc mogły szarżować :)

Bieganie synchroniczne w wykonaniu Justyny i Piotrka ;)

Ten etap zakończyliśmy na pierwszym miejscu w rywalizacji MIX-ów, z czasem 3:04:02 (wg zegarka 27,8 km) z przewagą ponad 28 minut nad drugą parą – Daną Godes i Marcinem Stanem (White Rubbit Running Team). Wbiegliśmy na metę 12 minut przed pierwszą kobietą startującą na krótkim dystansie w RUN Adventure – Magdaleną Moltzan-Małkowską i 8 minut za zwyciężczynią półmaratonu – Katarzyną Kanclerz-Januszewską. Najlepszym zawodnikiem trasy krótkiej został Maciej Żyto – 2:29:59. Trasa była przyjemna, dość szybka – spory fragment prowadził szutrowymi ścieżkami, gdzie biegło się jak po asfalcie. Największym problemem były dla mnie bolące stopy – mam z tym kłopot od zawsze na dystansach powyżej 15 km, kiedy biegam po twardej nawierzchni, stąd ostatnie 6-7 km nie należało do najprzyjemniejszych. Na szczęście drugiego dnia było miękko ;)

Etap II – Beskid Żywiecki

Start i meta były zlokalizowane w Rajczy (niemalże w tym samym miejscu, gdzie rozpoczyna się popularny ultramaraton Chudy Wawrzyniec). Całą noc z piątku na sobotę padał deszcz, zapowiadał się więc błotnisty etap. Do pokonania było 26,5 km na znanym nam terenie. Największe szczyty – Mała Rycerzowa (1207 m n.p.m.) i Wiertalówka (1062 m n.p.m.).

Patrząc na wyniki pierwszego etapu postanowiliśmy postawić sobie (a właściwie mnie) poprzeczkę wyżej niż wygrać w MIX-ach. Nowy plan zakładał, by codziennie wbiegać na metę przed pierwszą kobietą. Zaczęliśmy w swoim, ale dość mocnym tempie. Szybko znaleźliśmy się przed pierwszą kobietą – o dziwo z długiego dystansu (zresztą nie byle kim, bo Iwoną Turosz), z którą mijaliśmy się przez kilka kilometrów. Można powiedzieć, że przez 20 km nie czułam najmniejszego zagrożenia ani ze strony innej pary MIX, ani żadnej kobiety startującej solo na krótkim dystansie. Nie oznacza to, że było lekko! Podejście na Małą Rycerzową, które zaczęło się ok. 12 km i ciągnęło przez 4 km zajęło nam ponad 45 minut! Było ślisko, momentami trasa prowadziła poza szlakiem, w dużej mgle. Na domiar złego okazało się, że słabo toleruję jedzenie podczas wysiłku i jedyne, czym mogłam się posilić to żelki energetyczne. Przez cały etap zjadłam ich może z 5.

Wracając na trasę – miałam świadomość, że tym podejściem się nie popisałam. Na domiar złego już po wejściu na szczyt czułam, że nadal nie mogę swobodnie biec w dobrym tempie, musiałam uregulować oddech. Na szczęście warunki się nieco poprawiły, mgła, która wcześniej ograniczała widoczność do kilkunastu metrów zniknęła, tak że mogliśmy nawet przez chwilę popatrzeć na piękne Beskidy (oczywiście w biegu). Zaczęły się mocne, dość kamieniste zbiegi. Poczułam dziwny ból w stopie. Byliśmy jeszcze przed 20 km. Biegłam z tym bólem z kilometr. Nie mijał. Trasa prowadziła ostro w dół, mogliśmy przyspieszyć i nadrobić stratę z podejścia, ale nie mogłam. „Nic” – pomyślałam – „Muszę powiedzieć Piotrkowi”. Starałam się nie zwalniać za bardzo, ale tempo w okolicy 5:40/km na zbiegu było w zasadzie ślimaczeniem się. Nagle słyszę Piotrka: „Jakaś kobieta za nami”. „Kobieta? O nie!” – odpowiedziałam. Tego mi było trzeba. Przyspieszyłam. Bardzo, bo tempo wzrosło do 4:00. Ale to nie wystarczyło. Dziewczyna minęła nas z dużą prędkością i co najgorsze – jeszcze większą lekkością. „Nie odpuszczam!” – powiedziałam. Ból jakby nagle zniknął, a tempo nie spadało. Na końcu zbiegu był punkt odżywczy. Złapałam kubek z izotonikiem, wypiłam kilka łyków, wzięłam dwa żelki i ruszyłam dalej. Piotrek zdążył zabrać jeszcze kilka ciastek i batona energetycznego – dla Niego to niemalże wycieczka, więc mógł sobie spokojnie pofolgować ze słodkościami ;)

Przed nami było jeszcze jedno podejście, nie wiedzieliśmy jak długie i strome. Szczerze mówiąc przeszło mi przez chwilę przez myśl, że nie dam rady, bo ona była taka „świeża” na zbiegu… Okazało się jednak, że już po około 100, może 150 metrach podejścia dogoniliśmy ją i bez problemu wyprzedziliśmy. Trasa przez ponad 2 km prowadziła ciągle pod górę i to było moją przewagą. Na końcu podejścia „rywalki” już nie było widać. Do mety zostało około 2,5 km, większość na zbiegu. Wiedziałam, że muszę biec szybko, bo inaczej na pewno mnie dogoni. Tempo tego odcinka to 4:40/km. Wygraliśmy. Nie tylko w parze jako zespół MIX, ale również z najlepszą kobietą trasy krótkiej. Czas tego etapu (wg zegarka 27,4 km) – 3:21:03. Drugi zespół – White Rubbit Running Team - uzyskał wynik 3:49:46. Pierwszą na mecie kobietą w solo okazała się Bożena Josypenko (3:23:25). Etap wygrał ponownie Maciej Żyto (2:40:16). Nasza przewaga nad drugim teamem wzrosła do 56 minut.

Etap III – Trójstyk

Przed trzecim ostatnim dniem wiedzieliśmy, że zwycięstwo w MIX-ach mamy w zasadzie pewne. Zagadką była Bożena, która tak mnie przegoniła poprzedniego dnia, a na pierwszym etapie wbiegła na metę 50 minut za nami! Widząc na co ją stać, wiedzieliśmy że jest mocna.

Stając na starcie ostatniego dnia czułam się bardzo dobrze – podobnie jak dzień wcześniej nie czułam najmniejszego zmęczenia w nogach. Miałam jedynie nieco obolałe mięśnie obszerne boczne (zewnętrzna część uda) po sobotnim masażu ;) Pogoda była wymarzona. Świeciło słońce, ale temperatura nie była wysoka. Nic tylko biegać! :)

Od samego początku Bożena ruszyła mocno, ale byliśmy bardzo blisko. Wyprzedziliśmy ją na pierwszym mocniejszym podejściu (które jako jedni z nielicznych wbiegliśmy), by kilometr dalej stracić prowadzenie i za kilkaset metrów znów je odzyskać i nie stracić aż do mety :)

Tego dnia trasa była najmniej górska, bo w sporej części wiodła asfaltowymi drogami. Start i meta – podobne jak podczas pierwszego etapu – zlokalizowane były w Istebnej. Na starcie dowiedzieliśmy się, że trasa jest nieco skrócona i zmieniona. Do pokonania było tylko 22,5 km (ostatecznie wyszło około kilometr więcej). Nie zdążyliśmy zerknąć na mapę ze zmianami, więc nie wiedzieliśmy co nas ominie. Wiedzieliśmy natomiast, że będzie mniej przewyższeń niż było w planie, a to oznaczało że ominiemy jeden ze szczytów (lub nie wejdziemy na samą górę). Z jednej strony dobrze, ale biorąc pod uwagę, że Bożena przegrywała na podejściach mogło się okazać, że wcale nie jest to dla nas najlepsza informacja.

Niemal cały dystans Bożena była blisko za nami. Jeśli traciliśmy ją z oczu na podejściach i podbiegach, to tylko na chwilę. Ostatnie kilka kilometrów, choć - płaskie i z góry były dla mnie ciężkie. Narzuciłam sobie (bo Piotrek w najmocniejszych momentach miał tętno ledwo drugiego zakresu) dość mocne tempo. Zaczął się ostatni całkiem stromy zbieg. Mimo że nie widziałam Bożeny od razu puściłam nogi, tak że tempo mieliśmy poniżej 5:00/km. Bożena biegła jednak jeszcze szybciej – pojawiła się za naszymi plecami. Mieliśmy co prawda około 200 metrów przewagi, ale nie wiedziałam na co ją stać. Wybiegliśmy na asfalt, do mety niespełna 2 km. Czułam się zadziwiająco dobrze. Wyprzedziliśmy męski zespół. Zegarek pokazywał tempo chwilowe w okolicy 4:10/km, co jest moim tempem startowym na 10 km :) Ostatecznie dwa ostatnie km pokonaliśmy w tempie ok. 4:20/km. Czas tego etapu – 2:26:35. Byliśmy trzecim zespołem OPEN – przed nami na mecie zameldowały się tylko dwa teamy męskie :) Bożena Josypenko – pierwsza wśród pań startujących solo uzyskała czas 2:27:21. A najszybszym mężczyzną był tym razem Karol Reszka (1:59:16). Dowiedzieliśmy się też, skąd tak słaby wynik Bożeny podczas pierwszego etapu - pomyliła trasę i dołozyła sobie 6 km!

Zadanie wykonane w 100 %

Wygraliśmy! Zostaliśmy najlepszą parą MIX – w każdym etapie - wypełniliśmy nasz plan, zrobiliśmy nawet więcej – bo jadąc do Isdebnej nie zakładaliśmy uzyskania czasu lepszego od najlepszej kobiety startującej indywidualnie. I to każdego dnia! Nasz łączny czas trzech etapów (prawie 79 km) to 8:50:43 (po uwzględnieniu 20-sekundowych bonusów, jakie przyznawano za zwycięstwo). Drugi team damsko-męski – White Rubbit Running Team – Dana Godes i Marcin Stan uzyskał wynik 10:09:40, a trzeci – DYNAFIT.PL – Joanna Kowalczyk i Jacek Grzędzielski – 11:02:43. Najlepszy team OPEN – FILLCO-IFB BROKER  - Krzysztof Kammer i Marcin Ignaczak - ukończył RUN Adventure w czasie 7:20:12. W klasyfikacji łącznej rywalizacji drużynowej zajęliśmy czwarte miejsce (trzy pierwsze to oczywiście teamy męskie), tracąc do trzeciego zespołu niespełna 4 minuty.

Dlaczego warto startować w RUN Adventure?

To świetna przygoda. Możliwość sprawdzenia się dla osób, które planują start w zawodach ultra, ale mają zbyt mało doświadczenia - RUN Adventure to dobra zaprawa przed dłuższymi dystansami. Dla osób, które już nie jeden długi bieg mają za sobą, to szansa, by sprawdzić się w innej formule – takiej, gdzie tempo ma niemałe znaczenie, bo dystans jest na tyle krótki, że nie ma czasu na ociąganie, ale też trzeba mądrze rozłożyć siły i zadbać o regenerację, by utrzymać dobrą formę do końca rywalizacji.

Jadąc do Istebnej nie spodziewaj się totalnej dziczy. Tutaj zasmakujesz różnorodności tras. Nie będziesz na pewno narzekał na brak pięknych widoków, a całości dopełni kameralny klimat imprezy.

Czy będziemy w Istebnej za rok? Zdecydowanie tak! Nie wiemy tylko jeszcze w jakiej klasyfikacji :)

Pełne wyniki imprezy

Strona RUN Adventure na Facebooku


za tekst dziękujemy Justynie Grzywaczewskiej  z City Trail Team - zwycięskiej drużyny MIX